Licencyjny burdel

Koniec marca to dla klubów ekstraklasy zdecydowanie bardziej gorący okres niż na przykład końcówka okna transferowego. Choć można znaleźć wspólne mianowniki. Jakie? Ot, choćby kasa. Ba, przede wszystkim ona.

Ale skąd ten koniec marca? Ano, ulubiony twór polskiego skostniałego piłkarstwa, czyli po prostu licencje. Biedni i sfatygowani włodarze muszą wykazać dobrą wolę związaną z jak najmniejszym zadłużeniem.

W tym smutnym kraju ciągle wielu nie rozumie znaczenia słowa „profesjonalizm”. Zatem kluby rzuciły się ku piłkarzom.

Oj, nie chodziło o wypłacanie narastających zaległości. Nic z tych rzeczy. Przypominam, ze piszemy tu jednak o polskim padole, a na nim cuda się nie zdarzają. Co innego wszelkie cuda-wianki. Tych jest cala masa.

Cesje, umorzenia, rozwiazywanie umów za porozumieniem stron z zaznaczeniem, iż biedny kopacz zrzeka się zaległości. Wreszcie obietnice. Przed pracownikami, zusem czy skarbówką, kto wie, może nawet przed samym sobą. Prezes musi umieć kłamać, a uczyć się tego najlepiej na sobie. To zwiększa wiarygodność.

Po co to wszystko? Aby w przyszłym sezonie dalej swobodnie kantować. Zachwycamy się Ruchem Chorzów, ale czy on powinien grać? Spytajcie kilku jego byłych piłkarzy. Obecni nic nie powiedzą. Wiadomo - kontrakty. I co z tego, ze za jakiś czas ich sprawy trafia na posiedzenia Piłkarskiego Sadu Polubownego?

Czy inaczej jest w innych klubach? Nie, niestety. Zatem z jakiej racji licencje są wydawane? Zasłużony klub? A co z jego pracownikami? No tak, przecież piłkarze zarabiają tak dużo...
Trwa ładowanie komentarzy...